tychy.info - świeże spojrzenie na miasto

Reklama

Wiadomości

  • 25 grudnia 2021
  • 26 grudnia 2021

Choinka czy betlyjka? O dawnych zwyczajach świątecznych

W świątecznym wydaniu historycznego cyklu piszemy o zwyczajach bożonarodzeniowych na historycznej ziemi pszczyńskiej. Przybliżyła je tyska badaczka Maria Lipok-Bierwiaczonek.

wigilia, stół wigilijny
Choinka, betlyjka i stół wigilijny - ekspozycja w Muzeum Miejskim w Tychach, 2013 rok · fot. Muzeum Miejskie w Tychach


Historyczna ziemia pszczyńska rozciągała się daleko poza granice dzisiejszego powiatu pszczyńskiego, co widać na poniższej mapie.

Historyczna ziemia pszczyńska
Granice ziemi pszczyńskiej · fot. Studium muzealne Muzeum Zamkowego w Pszczynie


Jak pisze Maria Lipok-Bierwiaczonek, w polskiej tradycji, a także na Śląsku, w tym na ziemi pszczyńskiej najwięcej symbolicznych gestów i czynności wypełniało się właśnie dzień wigilijny. Wigilia nie była, i dziś także nie jest, postrzegana jako święto. Słowo Wigilia oznacza wieczór poprzedzający ważny dzień. W tradycji bożonarodzeniowej jest to dzień przygotowań do świąt i oczekiwania na nie. To dzień symbolicznego przełomu - kończy się czas zwykły, a zaczyna czas święty. Zaraz narodzi się Bóg...

Tego dnia panują szczególne zasady zachowywania się. Mają one charakter wróżebny lub wskazują, jaki będzie cały następny rok. W Wigilię nie należy wykonywać codziennych prac, a najlepiej nie wychodzić w ogóle z domu. Nie należy chodzić po drewno do lasu, wykonywać hałaśliwych prac. Ale to nie wszystko. Te czynności, które są niezbędne, wykonuje się na specjalnych zasadach: izbę zamiata się od drzwi do okna, żeby nie wymieść szczęścia za próg i żeby pieniądze nie uciekały z domu. W piecu kuchennym rozpalało się 24 grudnia szczapami przynoszonymi do domu codziennie od dnia św. Łucji (13 grudnia).

Lepiej tego dnia nic nie kupować i nie pożyczać. Nie wolno się wylegiwać rano w pościeli, bo lenistwo jest potępiane. Dzieci muszą być grzeczne, żeby tak było przez cały rok. Mówi się: "Jaki człowiek we Wigilię taki cały rok".

Trzeba było też zadbać o wystrój mieszkania - stworzenie przestrzeni odmienionej, stosownej do święta. Ważne było staranne wysprzątanie (jeszcze przed Wigilią) i ozdobienie pokoju choinką, którą stawiano kiedyś i dekorowano zawsze dopiero w wigilijny poranek.

Wigilijny posiłek również jest odmienny - nie jest to zwykła kolacja a wieczerza - po Śląsku wieczerzo albo wilijo. Gotuje się potrawy niezwykłe - takie, które przygotowujemy tylko na ten jedyny dzień.

Znak, który pozwala na rozpoczęcie posiłku, to pojawienie się na niebie gwiazdy zwanej wieczerniczką. Do stołu siadamy z powagą i skupieniem. Następnie ma miejsce wspólna modlitwa i łamanie się opłatkiem. Jak pisze Maria Lipok-Bierwiaczonek, ten ostatni element ma w Pszczynie i okolicy ciekawą odmianę - w niektórych domach tylko na tej ziemi zakorzeniło się dzielenie się opłatkiem po wieczerzy, a nie przed jej rozpoczęciem. Dziś wiele jest jednak małżeństw mieszanych i w wielu domach opłatkiem łamiemy się przed głównym posiłkiem.

Jak udało się ustalić w badaniach Marii Lipok-Bierwiaczonek, na pszczyńską wieczerzę wigilijną składały się zazwyczaj: zupa simiyniotka (zwana też konopiotką), która była gotowana z nasion konopi z dodatkiem krupów pogańskich, czyli kaszy gryczanej. Do tego smażona ryba, ziemniaki i kapusta z grochem lub grzybami, a na deser makówki, moczka i kompot z pieczek, czyli suszonych owoców. Czasem przygotowywano kompot z bani, czyli dyni. Na stole pojawiał się też strucel (plecionka). Zamiast siymiyniotki można było podać zupę rybną, albo grzybową, a na deser także grysek - kaszę manną lub ryż na słodko z cynamonem. W ostatnich dekadach na pszczyńskim świątecznym stole pojawia się barszcz z uszkami, który jest kulturowy importem z innych regionów kraju. Wiele tu przecież mieszkańców napływowych.

Jak wskazuje tyska etnografka, można więc uznać, że tradycyjna śląska wieczerza wigilijna to właściwie dawne proste chłopskie jadło wzbogacone o dania podawane tylko raz do roku.

Na stole wigilijnym oprócz potraw nie mogło zabraknąć krzyża i świeczników, chleba, soli, opłatków. Niektórzy pod obrusem umieszczali słomę lub siano. Pod talerze wkładano pieniądze, żeby ich nigdy w ciągu roku nie zabrakło. W podobny sposób wróżyły dostatek łuski karpia.

Jak wskazuje M. Lipok-Bierwiaczonek, w opowieściach starszych osób pojawiały się z reguły informacje o tym, że po wieczerzy przychodził czas na wróżby. Wtedy łuskano orzechy - jeżeli środek był zdrowy, zapowiadało to zdrowie dla osoby wróżącej. Pusty orzech natomiast zapowiadał chorobę. Podobnie postępowano z jabłkami.

choinka, dziecko, prezenty, święta
Prezenty na Górnym Śląsku przynosi Dzieciątko · fot. pixabay.com


Dla dzieci najważniejszy był oczywiście inny moment - zupełnie tak jak dziś. Chodzi oczywiście o prezenty pod choinką, przynoszone przez Dzieciątko. W rodzinach z młodszymi dziećmi dbało się o to, by prezenty pojawiały się w tajemniczy sposób.

Tyska badaczka kultury zauważa, że prezenty od Dzieciątka to najwyższy stopień ich sakralizacji. Dla przykładu w Zagłębiu przynosi je Aniołek, a w Wielkopolsce Gwiazdor. O Mikołaju jako gwiazdkowym darczyńcy mówi się najczęściej w regionach, gdzie do niedawna nie było zwyczaju dawania prezentów pod choinkę - np. w Krakowie i jego okolicach.

Prezenty dla dzieci do połowy lat 50. XX wieku były raczej skromne. W tej dekadzie dla wieku śląskich dzieci największym marzeniem było, żeby Dzieciątko przyniosło ślynzuchy, czyli łyżwy przykręcane na korbkę do butów. Dawano też sweterki, czapki, gry planszowe, drewniane klocki, książki, lalki, blaszane pociągi.

Na wsi po wieczerzy wigilijnej zanoszono zwierzętom gospodarskim opłatek. Dostawały je nie tylko krowy, kozy, barany, króliki, ale też psy i koty. Opłatka nigdy nie dawano świniom, bo mówiono, że nie było ich przy narodzeniu Pana Jezusa. Opłatek przeznaczony dla zwierząt zawsze był różowy a nie biały, jakim dzielili się domownicy.

Resztek wigilijnego jedzenia nie wyrzucano. Ości czy pestki ze śliwek i wszystko, co człowiek zostawił na stole po jedzeniu, zbierało się do jednego naczynia i zanosiło do sadu pod każde drzewo, żeby dobrze owocowało. Taki zwyczaj zanotowano w Bojszowach i Tychach-Cielmicach, a w Suszcu i Bieruniu w gospodarstwach resztki zanosiło się zwierzętom.

Ze słomy lub siana spod obrusa wykonywano powrósła, którymi obwiązywało się drzewka owocowe. Miało to chronić je przed chorobami szkodnikami i zapewnić dobre owocowanie.

W drugi dzień świąt, w dzień świętego Szczepana, świecono kiedyś w kościele owies. Takie poświęcone zboże mieszało się z resztą ziarna i wiosną siało się na polach. Miało to zapewnić dobry plon i chronić przed piorunami oraz chorobami. Owies święci się do dziś, szczególnie w miejscowościach, w których jest wielu rolników - w Miedźnej, Suszcu i Tychach-Cielmicach. Ceremonia sypania owsem związana jest z ukamieniowaniem św. Szczepana.

Uczniowie Szkoły Podstawowej we Frydku kolędnikami misyjnymi
Kolędnicy z Frydka współcześnie · fot. Teresa Sochacka


Drugi dzień świąt upływa także pod znakiem odwiedzin kolędników. W większości pszczyńskich wsi po domach chodziły grupki pastuszków. Byli to chłopcy ubrani w długie białe koszule, a czasem także kożuszki, z kosturami w rękach, często z obracająca się gwiazdą. Pojawiali się też, choć rzadziej, z małą szopką zwaną betlyjką. O grupach 7-12 letnich chłopców chodzących z betlyjką wspominali rozmówcy ks. Antoniego Dudka w latach 80. XX wieku w czasie jego badań prowadzonych w Miedźnej i sąsiednich wsiach.

Kolędnicy w domu lub przed domem śpiewali pieśni i składali życzenia zdrowia oraz pomyślności. Gospodarze zaś częstowali ich kołoczem czy kawałkiem szynki, a czasami dawali im pieniądze. Kolędnicy kończyli odwiedziny słowami: "Za kolynda dziynkujymy, szczynścia zdrowia wom życzymy". Ich życzenia najczęściej dotyczyły bogatych plonów i mnożących się zwierząt hodowlanych.

Dziś zwyczaj chodzenia po kolędzie jest również znany - chodzą przebrane dzieci - także dziewczynki, co jest nowością w stosunku do poprzednich dekad. Kolędnicy odwiedzają domy, jak i mieszkania w blokach. W miastach skromni kolędnicy pojawiają się już przed świętami, co jest wyłomem z dotychczasowej tradycji - wskazuje M. Lipok-Bierwiaczonek. Badaczka pisze też, że w latach międzywojennych chodziły w niektórych miejscowościach grupy herodów, które odgrywały w odwiedzanych domach sceny opowiadające o Bożym Narodzeniu.

Choinka czy betlyjka?



Choinki upowszechniły się w śląskich domach dopiero w latach międzywojennych - najpierw w miastach, a potem na wsiach. W miejskich domach mieszczańskich i zamożniejszych robotniczych najważniejszą świąteczną dekoracją była betlyjka, czyli szopka ustawiana np. na komodzie. Figurki do niej były zazwyczaj gipsowe, realistycznie zdobione. Kupowano je w sklepach z dewocjonaliami. Budynek szopki wykonywali ojcowie - zazwyczaj samodzielnie z drewna, dodając do środka słomę, siano, czasem mech. Czasem malowano na kartoniku panoramę przestawiającą nocny pejzaż Betlejem z palmami.

Ślonsko betlyjka, stajenka
Ślonsko betlyjka · fot. Muzeum Górnośląskie w Bytomiu


Kupowane w sklepach figurki były dość drogie, nie każdego było na nie stać. Nie każdy mógł też powiększać podstawowy zestaw ze Świętą Rodziną o następne postaci. Niektórzy sami wykonywali figurki z dostępnych materiałów, także z papieru.

Kiedy w latach 30. XX wieku upowszechniły się choinki, często usuwały one w cień betlyjki. Nie było tak, że na obie formy było miejsce w mieszkaniach. Jednak, według Marii Lipok-Bierwiaczonek w niektórych domach zestawy szopek z gipsowymi figurkami były używane przez długie lata także po wojnie.

Choinki na początku były dekorowane ozdobami z papieru, staniolu, słomek. Wieszano na nich orzechy, jabłka, cukierki, a dopiero później szklane bombki. Choinka stopniowo znalazła miejsce we wszystkich domach - miejskich i wiejskich. Po II wojnie światowej zniknęły betlyjki, uznane za przeżytek, a czasem i świadectwo drobnomieszczańskiego gustu. Muzealnicy odkryli ich urodę i opowiedzieli widzom o ich historii dopiero poprzez wystawy organizowane po 1990 roku. Inny los spotkał popularne i podziwiane do dziś szopki krakowskie.

W poświąteczne dni był zwyczaj odwiedzania stajenek w okolicznych kościołach. Ta tradycja utrzymuje się do dziś. Najwięcej odwiedzających przyciągała przez lata stajenka w bazylice Franciszkanów w Katowicach-Panewnikach, ruchome stajenki w Bieruniu czy Bojszowach oraz żywe szopki w Tychach u Franciszkanów, a także w Strumieniu.

ruchoma szopka w Bieruniu
Ruchoma szopka w kościele pw. św. Bartłomieja Apostoła w Bieruniu w 2019 roku · fot. Patrycja Śliwka / Archiwum Muzeum Miejskiego w Bie


Upowszechnienie choinki przyniosło także naturalnie rozwój przemysły produkującego ozdoby choinkowe - od bombek z cieniutkiego szkła po elektryczne instalacje oświetleniowe i sztuczne drzewka. Wyspecjalizował się w tym np. ośrodek produkcji w śląskich Koziegłowach.

Artykuł powstał na podstawie zapisu wykładu Marii Lipok-Bierwiaczonek z 2015 roku, który został zawarty w studium muzealnym Muzeum Zamkowego w Pszczynie.

ar / tychy.info

Reklama

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu tychy.info zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.