• 30 marca 2024
  • 4 kwietnia 2024
  • wyświetleń: 767

[WIDEO, FOTO] Tyszanka opowiedziała o misjach w Ugandzie

W lutym pisaliśmy, że tyszanka Dorota Gibiec-Kurowska wyjeżdża na misje do Ugandy. Posłuchajcie jej opowieści o doświadczeniach z tej podróży!

uganda


Bóg nie szuka zdolnych, ale uzdalnia dostępnych

W lutym spędziłam dwa niezapomniane tygodnie na wyjeździe misyjnym w Afryce.

Tak naprawdę nigdy nie marzyłam o misjach. Owszem, podziwiałam tych, którzy odważnie jeździli w różne zakątki świata, by nieść Bożą miłość i realną pomoc najbardziej potrzebującym. Jednak nigdy nie przyszło mi na myśl, że kiedykolwiek stanie się to także moim udziałem. Wszystko zaczęło się zmieniać parę miesięcy temu, a właściwie wcześniej… tylko wtedy jeszcze nie byłam tego świadoma.

Kiedy w 2021 roku usłyszałam diagnozę: „złośliwy rak piersi”, zawalił się mój, i tak pogmatwany, świat. Mało kto wiedział, że od dobrych kilku lat tkwiłam w największym wielowymiarowym życiowym kryzysie. Gdzieś w środku miałam silne przekonanie, że zostanę uzdrowiona, ale nie nastąpiło to w sposób, jakiego oczekiwałam. Ten i kolejny rok były bardzo trudne. Na początku 2022 roku zapisałam się do Szkoły Pasji i Wizji, prowadzonej online przez Agatę Strzyżewską już od dziewięciu lat.



To szkoła skupiająca ludzi wokół Biblii, pomagająca lepiej poznać Boga i tożsamość Dziecka Bożego. Przymierzałam się do uczestnictwa w tym kursie chyba dwa lata. Wiedziałam - albo teraz, albo nigdy. Szkołę zaczynałam w trakcie intensywnego leczenia, przeszłam wszystkie jej poziomy. To właśnie tu nastąpiły największe przełomy i tu zrodził się pomysł wspólnego wyjazdu na misję. Nasza dwunastoosobowa ugandyjska drużyna składała się z absolwentów Szkoły Pasji i Wizji - ludzi w różnym wieku, różnych zawodów i grup religijnych, z wielu części Polski (a nawet Europy), ale o tak samo gorących sercach dla Boga. Choć Agata z mężem Maćkiem od lat są misjonarzami - zaangażowani w pomoc chrześcijanom w Pakistanie wykupują ludzi z niewoli w fabrykach cegieł - to nasza podróż była pierwszą, którą zorganizowali z większą grupą ludzi.

Decyzja o wyjeździe nie była dla mnie łatwa. Musiałam się zmierzyć z obawami, przede wszystkim o własne zdrowie i finanse. Jednak kiedy wyraźnie usłyszałam, że „Bóg mnie tam chce”, nie pozostało mi nic innego, jak złapać się tego i z ufnością pójść za Bożym głosem. Przygotowania do misji zaczęły się już w listopadzie 2023 roku. Konieczne było zaplanowanie szczepień ochronnych i zorganizowanie pozostałych spraw (paszport, bilet lotniczy, wiza, urlop). Niemałym wyzwaniem okazało się też samo pakowanie, by nie przekroczyć dozwolonej, wydawałoby się wystarczającej, wagi bagażu (23+12 kg), bo każdy z nas zabierał sporo dodatkowych rzeczy: od drukarek i laptopów, po buty, zabawki i inne materiały potrzebne na miejscu.

Podróż zajęła nam prawie dwie doby (z noclegiem w Entebbe). Lecieliśmy z Warszawy do Kampali z przesiadką w Amsterdamie, potem czekało nas jeszcze pięć i pół godziny jazdy busem, choć dystans do pokonania wynosił niecałe 280 km (naprawdę mamy świetne drogi w Polsce! ????).

Mieszkaliśmy w wiosce Kaihura w zachodniej Ugandzie. Gospodarzami i organizatorami naszych aktywności byli Honorata i Piotr Wąsowscy, założyciele misji Gate of Hope (w Polsce Fundacji MisjAfryka), którzy od lat pomagają miejscowej ludności. Ich działania skupiają się głównie na młodym pokoleniu, które dostaje szansę na naukę w tworzonych w ramach misji szkołach prawie wszystkich szczebli. To z kolei buduje nadzieję na znalezienie pracy, możliwość utrzymania siebie i rodziny oraz generalnie lepszą przyszłość. Szkoły są prowadzone w duchu chrześcijańskim. Uczniowie biorą udział w lekcjach biblijnych i tygodniowych nabożeństwach. Byliśmy bardzo wzruszeni, widząc, z jakim zaangażowaniem się modlą i uwielbiają Boga śpiewem i tańcem - począwszy od tych najmniejszych dzieciaków po dorosłą młodzież. Uczniowie wszystkich szkół Gate of Hope, z wyjątkiem szkoły podstawowej, mieszkają w internatach. Wszyscy są szczęśliwi, choć w jednym niewielkim pomieszczeniu, na trzypiętrowych łóżkach mieści się często po 30 i więcej uczniów. Budowa internatu dla najmłodszych jest w planach, gdy tylko zostaną na to zebrane środki. Póki co wiele dzieci codziennie pokonuje drogę kilku kilometrów do i ze szkoły.

Tyszanka na misjach w Ugandzie - 02.2024 · fot. Parafia Ewangelicko-Augsburska w Tychach


Nasz pobyt w Ugandzie był bardzo intensywny. Honia dbała o to, żeby maksymalnie wykorzystać naszą obecność na miejscu, absolutnie nie mieliśmy szansy na nudę i każdego dnia mogliśmy też ćwiczyć w sobie główną pożądaną cechę misjonarza, czyli elastyczność ????. To był czas prawdziwego rozciągania i poszerzania naszych granic. Wiele rzeczy (większość) robiliśmy po raz pierwszy w życiu. Naszym hasłem przewodnim i najczęściej wypowiadanym westchnieniem było: „Duchu Święty, ratuj!”. I On ratował. Podsuwał pomysły, dawał mądrość i słowa, które miały być wypowiedziane i dodawał sił, gdy już padaliśmy ze zmęczenia.

Codziennie odwiedzaliśmy inną szkołę i dzieląc się na dwu- lub kilkuosobowe grupy, prowadziliśmy zajęcia z dziećmi czy młodzieżą. Były to przeróżne aktywności: studia biblijne, kazania, dzielenie się świadectwem ze swojego życia, modlitwa, prowadzenie gier i zabaw (na pełnym słońcu przy temperaturze ponad 30°C!), a nawet nauka polskich piosenek. Mieliśmy też dwa dni ewangelizacyje. Chodziliśmy w dwie, trzy osoby razem z lokalnym przewodnikiem i odwiedzaliśmy mieszkańców wioski w ich domach. Dzieliliśmy się z nimi dobrą nowiną o zbawieniu, modliliśmy się o ich potrzeby, często zachęcani przez Ducha Świętego, zostawialiśmy im pieniądze. To było chyba najbardziej wymagające zajęcie, wielu z nas się tego obawiało, bo w Polsce NIKT z nas tego nigdy nie robił. Czuliśmy się bardzo zbudowani i zachęceni, gdy w pierwszym dniu okazało się, że praktycznie wszędzie przyjmowano nas bardzo ciepło, z wielką radością i wdzięcznością.

W Ugandzie językiem urzędowym jest język angielski, jednak w praktyce nie wszyscy się nim posługują. Dzieci w początkowym nauczaniu mają lekcje w regionalnym języku rutooro, ale już od czwartej klasy wszystkie zajęcia są po angielsku. Łatwo się domyślić, że jeśli ktoś do szkoły nie chodził, albo chodził krótko, nie miał szans nauczyć się angielskiego w stopniu wystarczającym do swobodnej komunikacji. Podczas ewangelizacji od domu do domu i na zajęciach z najmłodszymi dziećmi mieliśmy zawsze do pomocy kogoś z miejscowego kościoła lub nauczyciela, który tłumaczył angielski na rutooro. Zdarzało się, że tłumaczenia były podwójne - najpierw z polskiego na angielski i dalej na lokalny język, ale w pracy z maluchami zawsze staraliśmy się mówić od razu po angielsku, żeby nic z ważnych treści nie umknęło i żeby łatwiej było utrzymać skupienie i uwagę dzieci. Zawsze też mogliśmy na siebie nawzajem liczyć i dobieraliśmy się do naszych aktywności tak, żeby w danym zespole uzupełniać swoje ewentualne braki językowe.

Mama Honia (tak nazywają ją tutejsi mieszkańcy i uczniowie) jako nasza miejscowa wspaniała opiekunka wysłała nas też na dwie wycieczki, żebyśmy mogli złapać oddech i zobaczyć kawałek tego cudnego kontynentu, na którym się znaleźliśmy. Podziwialiśmy piękno stworzenia na safari i niezwykłe krajobrazy u podnóża Gór Księżycowych. Honia dbała również o naszą różnorodną i urozmaiconą dietę. Mimo że wśród nas były osoby z różnymi ograniczeniami żywieniowymi, mogliśmy jeść ogólnodostępne lokalne produkty (choć bez mięsa, bo akurat w naszym regionie panowała jakaś zaraza wśród zwierząt), a każdy był nasycony i zadowolony. Najedliśmy się, niestety nie na zapas, przepysznych mango, awokado, arbuzów, ananasów i przeróżnych bananów. Próbowaliśmy chyba wszystkich lokalnych owoców (jackfruita będzie mi bardzo brakować!). Byliśmy ogromnie wdzięczni naszym kochanym dwóm kucharkom za przygotowywanie tych wszystkich pyszności, tym bardziej, że mieliśmy świadomość, iż nikt na co dzień nie jada tam tak bogato. Choć ludzie w Ugandzie raczej nie umierają z głodu, wielu z nich, zwłaszcza dzieci, cierpi na niedożywienie. Duża część rodzin jada tylko raz dziennie, najczęściej wieczorną kolację składającą się z fasoli i posho, niektórzy tylko raz na dwa dni. Te posiłki są rutyną przez okrągły rok. Ryż z kurczakiem zaliczany jest do wykwintnych świątecznych dań. Gdy zapytano kiedyś najmłodsze dzieci ze szkoły podstawowej, kiedy ostatnio jadły jajko, żadne nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego w szkołach Gate of Hope prowadzone jest dożywianie dzieci i młodzieży, dzięki czemu zdrowiej się rozwijają i mogą osiągać lepsze wyniki w nauce.

Honia i Piotr Wąsowscy są naprawdę wielkim błogosławieństwem dla mieszkańców rejonu Kaihury. Są pięknymi narzędziami w rękach Boga i przykładem na to, że bycie posłusznym głosowi Ducha Świętego przynosi zadziwiające efekty nawet - po ludzku mówiąc - w beznadziejnych przypadkach. Więcej o ich misji można dowiedzieć się na stronie: https://misjafryka.wordpress.com/, Honia napisała również książkę - świadectwo z jej pierwszego pobytu w Ugandzie w 2007 roku: Aby do czegoś dojść, trzeba wyruszyć w drogę… Z całego serca polecam wsparcie ich misji. Wszystko, co robią w Ugandzie, w całości finansowane jest przez darczyńców z Polski. Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam ich poznać osobiście, choć tak mało mieliśmy wspólnego czasu. Dwa tygodnie w Afryce to zdecydowanie za mało!

Szczególnie zachęcam do przyłączeniem się do projektu „Adopcja na odległość”. Chodzi w nim o comiesięczne sponsorowanie konkretnego dziecka. Wspaniale, jeśli zostałoby się sponsorem ucznia do końca jego nauki (zwykle trwa to do 22. lub 24. roku życia). Można też być nim tylko na jakiś krótki okres - rok czy dwa. Nie trzeba się tego obawiać, w każdej chwili można zrezygnować, wtedy dla takiego dziecka w pierwszej kolejności szuka się kontynuacji tej formy wsparcia. Ważne tylko, żeby z jakimś wyprzedzeniem poinformować o zamiarze rezygnacji z adopcji. W tym roku szkolnym, który zaczął się w lutym, poszukiwanych jest co najmniej 30 nowych sponsorów. Z powodu olbrzymiej liczby podań do gimnazjum przyjętych zostało więcej uczniów, niż przewidziano to w budżecie. Regulamin „Adopcji na odległość” znajduje się na podanej wyżej stronieinternetowej. Są tam dokładnie opisane zasady wsparcia. Kwota miesięczna w wysokości 200 zł przeznaczana jest na czesne, wyżywienie w internacie, leczenie prostych chorób i malarii itp.

Ubolewam, że nie sposób w kilku zdaniach opisać wszystkiego, co przeżyłam podczas mojego pobytu. Ten wyjazd i wszystko, czego tam doświadczyłam, z pewnością przez długi jeszcze czas będzie we mnie pracować. Wierzę, że przyniesie to również wiele dobra i konkretnych owoców. Ugandę zapamiętam jako bardzo różnorodny i pełen kontrastów kraj. Miejsce pełne bujnej i nieziemsko pachnącej roślinności, niesamowitych zwierząt, najpyszniejszych na świecie owoców. Bardzo żałuję, że w Polsce nie rosną te wszystkie cuda, które Ugandyjczycy mają pod ręką praktycznie przez okrągły rok (klimat tam panujący daje dwukrotne w roku zbiory!). Ludzie dali się poznać jako otwarci, uwielbiający kolory (choć ich piękne ubrania często skrywają wielką biedę - nawet najuboższy Ugandyjczyk za punkt honoru uważa posiadanie przynajmniej jednego kompletu pięknego stroju), żyjący własnym rytmem. Mieszkańcy Perły Afryki, jak Uganda jest nazywana, wydobywają z sobie ogromne pokłady wdzięczności, a często naprawdę niewiele mają. My, ludzie Zachodu, możemy się od nich wiele nauczyć w tym zakresie.

Wydawało mi się, że niewiele można dać drugiemu człowiekowi, samemu ledwie co mając i będąc z nim tylko krótki czas. Przekonałam się, że okazane zainteresowanie i miłość, poświęcony czas, modlitwa czy przytulenie też mogą bardzo wiele znaczyć, dać nadzieję, rozpalić wiarę. Dziękuję Bogu za każdy uśmiech dziecka, które czuło się kochane i ważne w moich ramionach, dziękuję za szczęście i wdzięczność każdej osoby, która otrzymała zabawki czy przez nas robione bransoletki, często pierwsze osobiste rzeczy w jej życiu. Wreszcie dziękuję za każdy Boży dotyk i uzdrowienia, których byłam świadkiem. Bóg jest dobry i nie zapomina o żadnym ze swoich dzieci. Bóg też nie szuka wyjątkowych, szczególnie utalentowanych ludzi do swoich dzieł, ale wyposaża i uzdalnia tych, którzy są dostępni i otwarci, by pójść za Jego głosem. Każdy z nas jest powołany do tego, by szerzyć Boże Królestwo na ziemi i w Bogu ma wszystko, co jest do tego potrzebne. Jestem tego przykładem.

Dziękuję każdej osobie, która wsparła finansowo mój wyjazd, jestem wdzięczna za każdą modlitwę! Dzięki Wam cała nasza grupa czuła się naprawdę pobłogosławiona - mieliśmy dobrą pogodę, która nie pokrzyżowała żadnych planów (przy silnym deszczu drogi stają się nieprzejezdne), nikt z nas się nie rozchorował, mimo że biegunka zwykle męczyła podobno co drugiego misjonarza, mieliśmy praktycznie cały czas wodę i prąd, co przed naszym przyjazdem mieszkańcom zdarzało się co drugi, trzeci dzień, a na safari widzieliśmy większość najrzadziej pokazujących się tam zwierząt!

Dorota Gibiec-Kurowska

ar / tychy.info

źródło: Parafia Ewangelicko-Augsburska w Tychach

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu tychy.info zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.